Marcowy weekend

W jeden z marcowych weekendów udało mi się uzyskać od mojej Pani zgodę na wyjazdy na ryby w obu wolnych od pracy dniach. W sobotę zameldowałem się nad pstrągowo-trociową rzeczką, tym razem samotnie, z kolegami umówiłem się na następny dzień. Choć jak się później okazało nie byłem tak do końca sam, po jakiejś godzinie łowienia odebrałem telefon od kolegi z jednego z forów z pytaniem „poszedłeś w górę czy w dół?” Przyjechali we dwóch później i zaparkowali obok mojego auta, a później podążali moimi śladami, co pozwoliło nam spotkać się podczas mojego powrotu i chwilę porozmawiać, obejrzeć wzajemnie swoje przynęty i „pomacać” wędki, jak to wśród wędkarzy.

W tym samym miejscu byłem z kolegami Patrykiem i Arturem tydzień wcześniej. Nic specjalnego nie złowiłem, ale Arturowi zeszły z kija dwie trotki w odstępie pół godziny. Tym razem nastawiałem się zatem jak zawsze na pstrąga, ale zestaw miałem wzmocniony, tak żeby być przygotowanym na spotkanie z „trotyllą”. Po ok. 2 godz. łowienia doszedłem do prostki, gdzie Artur miał swoje spotkania z trociami. Na końcu zestawu miałem małą, miedzianą karlinkę. W pewnym momencie rzucałem lekko z prądem, przytrzymując następnie zestaw tak aby przynęta spłynęła pod mój brzeg, gdzie wolno ja ściągałem. I w tym momencie, gdy przynęta już miała się ukazać moim oczom, nastąpiło gwałtowne uderzenie i na końcu zestawu osiadł pulsujący ciężar, wspomagany przez napierający prąd wody. Po krótkiej walce przy brzegu błysnęło ciemnym srebrem – jest troć! Rybę ląduję wyślizgiem, i już  po chwili ciesze się z drugiej w tym roku rzecznej troci. Niestety, ta nie jest za duża – 58 cm, ale oczywiście mocno cieszy:

Cieszy tym bardziej, że została złowiona przy pięknej pogodzie, w bajecznej scenerii budzącej się do życia po zimowym śnie przyrody. Ryba wraca oczywiście do wody po zrobieniu jej kilku zdjęć.

Następnego dnia umówiłem się z chłopakami na otwarcie morskiego sezonu. Ustaliliśmy, że jedziemy do Niechorza, gdzie jeszcze nie łowiłem. Artur zabiera mnie z samego rano spod domu, w drodze dzwonię do Patryka, który ma do nas dołączyć jadąc ze Świnoujścia od teściów. Patryk ma coś pecha – nie wziął ze sobą ze Szczecina przynęt na morze, a co gorsza, zapomniał też kalesonów 🙂  Spotykamy się jednak pod latarnią w Niechorzu, gdzie następuje ubieranie w nowe spodniobuty i kurtki, kupione przeze mnie i Artura specjalnie na nieodległy już wspólny wyjazd na Bornholm. W końcu zwarci i gotowi:

Ruszamy nad wodę. Jeszcze niedawno morze było całkiem zamarznięte, teraz jednak brzeg wyglądał tak:

Po wejściu do wody wrażenie jest jedno – zimno! Woda ma ze dwa stopnie, i mimo termoaktywnej bielizny i polarowych spodni pod śpiochami czuję jak jakaś lodowata łapa ściska mnie za… no dobra, nieważne, generalnie myślę sobie że przydadzą mi się na takie wyjazdy jakieś cieplejsze gacie 🙂

Pogoda sprzyja łowieniu, woda jest całkowicie spokojna. Łowisko też bardzo nam się podoba – wysoki klif, wchodzące w wodę drewniane falochrony, trochę kamieni na dnie, na pewno  nie raz jeszcze tam w tym roku zawitamy. Oprócz nas widzimy jeszcze kilku wędkarzy, z którymi zamieniamy po kilka słów.

Łowimy przez kilka godzin, przerzucając nasze pudełka i zakładając kolejne przynęty mające skusić morską troć do brania, ale bez żadnego efektu. Co jakiś czas wychodzimy na brzeg dla rozgrzewki i żeby pogadać. Humory nam dopisują:

Po kilku godzinach rzucania zwijamy się do domu, mimo braku wyników nie mamy jednak absolutnie poczucia straconego czasu. Uwielbiam łowić w morzu, i wracam do domu szczęśliwy, że to już początek sezonu…

Opublikowano spinning, Szczecin, wędkarstwo, łowienie | Otagowano , , , , , | 2 Komentarze

urodzinowy prezent (troć 72 cm)

Urodziny, w moim przypadku wypadające na początku lutego, to moment słodko-gorzki. Goryczkę daje świadomość upływającego z żelazną konsekwencją czasu, ciążąca jakby coraz bardziej im więcej mamy lat na karku. Ale druga, ta przyjemniejsza strona to oczywiście prezenty 🙂

Prezenty mogę podzielić na te, które sam sobie sprawiam, bezwstydnie przed samym sobą tłumacząc, że przecież jest okazja, i te otrzymywane od najbliższych. W moim przypadku w tej pierwszej kategorii znalazł się kij St Croix Avid Salmon&Steelhead, a w tej drugiej nowa kamizelka spinningowa. Nie mogłem się doczekać wypróbowania obydwu rzeczy na pstrągowej wyprawie.

W końcu sobotni poranek, budzę się niewyspany i z boląca głową, za oknem huczy wichura, a w szybę uderzają gęste krople deszczu. Przez chwilę przebiega mi przez głowę myśl, czy dzisiaj sobie nie odpuścić, ale wiem, że po wieczornej, urodzinowej imprezie raczej nie będę mógł następnego dnia rano wsiąść w samochód – a kolejna okazja będzie dopiero za tydzień. No i te prezenty do wypróbowania! Pakuję się zatem, po drodze tankuję na opustoszałej stacji benzynowej i po godzinie drogi jestem nad rzeką. Tym razem na łowienie wybrałem łowisko, gdzie nie byłem od roku. Na miejscu widzę już dwa zaparkowane samochody, no trudno, mam tylko nadzieję że nie będę rzucał w obłowionych chwilę wcześniej miejscówkach. Jeszcze tylko decyzja, czy iść w dół czy w górę rzeki, i zagłębiam się w las. I bagno. Błoto jest niestety wszechogarniające, cała dolina rzeki jest podmokła, czasami z trudem wyciągam wodery z tej ciastowatej mazi.

Po kilku minutach marszu docieram do miejsca gdzie chcę zacząć. Wypisuję rejestr, montuję sprzęt, kamizelka, okulary, wybór woblera i w końcu pierwszy rzut. O kurczę, ale fajnie – rzucam jeszcze raz, kolejny, i już wiem, że kijek mi całkowicie podpasował. Dobrze wyważony, lekki, precyzyjnie posyła woblerka w wybrane miejsce, mimo że opisany jest od 7 g to ładują go wystarczająco lżejsze przynęty, posyłane dość daleko ruchem nadgarstka.

Posuwam się coraz dalej, obrzucając wybrane miejscówki. Jest ciepło i dość spokojnie, tu w dole przed silnym wiatrem chronią mnie drzewa i dolina rzeki, tylko głośny szum w koronach drzew i spadające, całkiem spore konary przypominają o szalejącym wyżej żywiole.

Po kilkudziesięciu minutach obławiam prostkę, wyrzucając przynętę na wprost i sprowadzając ją wachlarzem. Przy kolejnym rzucie, gdy wobler znajduje się jeszcze na środku rzeki, czuję nagle opór i pulsowanie wędki, patrzę w miejsce gdzie powinna znajdować się przynęta, i widzę na powierzchni młynkującą rybę, wielkości ok. 50 cm. Nie zdążyłem się jej nawet dokładnie przyjrzeć, gdy plecionka wiotczeje, opór znika, a z wody wyciągam tylko woblerka. Cała akcja trwała może ze 3 sekundy. Adrenalina we mnie buzuję, zastanawiam się co było przyczyna porażki. Łowię na nierozciągliwą plecionkę, ale kijek nie jest sztywny, i pod rybą pięknie pracuje na całej swojej długości, więc to nie to. Sprawdzam kołowrotek, i mam – hamulec jest bardzo lekko dokręcony, ryba po prostu nie miała szansy się zaciąć… Zastanawiam się, co to mogła być za ryba, widziałem tylko jasny, podłużny, młynkujący kształt. Żeby się bardziej nie denerwować uznaję, że to pewnie był szczupak – wiem że tu są, bo kiedyś prawie w tym samym miejscu miałem obcinkę woblera po krótkim holu – choć w tyle głowy kołacze mi się myśl, że mogłem właśnie przez niedopatrzenie stracić rybę z płetwą tłuszczową.

Idę dalej, licząc że los da mi jeszcze dzisiaj szansę. Kilkadziesiąt metrów dalej, znowu na środku rzeczki, czuje podwójne szturchnięcie woblera. Hmm, ryba, czy też może ster woblera uderzył nietypowo w jakąś podwodną przeszkodę? Obławiam dokładnie to miejsce, i wobler pokonuje je za każdym razem bez przeszkód, zatem ryba! Niestety, nie mam więcej brania. Uprzedzając fakty dodam, że jak kilka godzin później wracałem i ponownie rzuciłem w tym miejscu, to woblerka odprowadził mi niewielki pstrąg, więc to szturchnięcie to była pewnie jego sprawka.

Dochodzę w końcu do miejsca, gdzie po wyjściu z zakrętu prąd wymywał rynnę bliżej przeciwległego brzegu, który stromo opadał do wody. Rzeka jest w tym miejscu dość wąska, a więc i głębsza, widziałem w wodzie przed sobą gwałtownie opadającą w głąb nurtu piaszczystą krawędź. Pierwszych kilka rzutów wykonałem pod przeciwległy brzeg, po czym rzuciłem pod prąd, i poprowadziłem woblera z prądem. Patrzę w brązową wodę w miejsce, gdzie z głębiny ma się pojawić mój wobler, jest, widzę go przy samej krawędzi, zmierza już prawie pionowo ku powierzchni, ale… za nim sunie jakiś duży, ciemny kształt! Było już za późno, woblerek wyskoczył w powietrze, a ja zobaczyłem niesamowity widok – szeroko rozwartą, dużą paszczę ryby wyłaniającą się z wody na powierzchnię! O mały włos a chwyciłaby woblera w powietrzu. Niestety, tylko plusnęła mocarnym ogonem i zanurkowała z powrotem w głębinę. Po raz drugi na tej wyprawie zabuzowała we mnie adrenalina, a przez głowę zaczęły przebiegać myśli. Czy ten mój pech kiedyś się skończy? Początek sezonu spędziłem chory w łóżku, tydzień wcześniej zerwałem pod nogami naprawdę sporego tęczaka, a dzisiaj – jedną rybę zerwałem, brania nie wykorzystałem, a teraz najgorsze – moim woblerem zainteresowała się troć, którą oceniałem w wodzie na ok sześćdziesiąt kilka centymetrów, a ja mogłem ją sobie tylko dokładnie obejrzeć. Zeszły sezon miałem bardzo udany, zrealizowałem prawie wszystkie założone cele, czyżby dla równowagi w tym roku wszystko miało mi się nie udawać??

Oczywiście dokładnie obrzucałem to miejsce, przerzucając tam większość mojego pudełka. Chociaż robiłem to bardziej z obowiązku, jakoś wewnętrznie nie wierzyłem że dostanę drugą szansę. Chyba uwierzyłem już w tego pecha. W końcu ruszam dalej, przede mną jeszcze kilka godzin łowienia. W pewnym miejscu, gdzie rzuciłem w rynnę wymywana przez wartki prąd pod brzegiem na którym stałem, mojego woblera coś przytrzymało, i na powierzchnię wyciągnąłem pstrążka. Był malutki, ok 25 cm – delikatnie go odczepiłem, dostał buzi i wrócił do wody. No tak, będę mógł powiedzieć że coś tam złowiłem, ale czy taki mały pstrążek może oznaczać przełamanie złej passy? Czy może być rekompensatą za utracone duże ryby? No właśnie, nie bardzo.

Czas nieubłaganie płynął, wieczorem przychodzą goście na urodzinową imprezę, a obiecałem że pomogę w przygotowaniach. Jedyne emocje jakie mnie jeszcze po drodze spotkały, to długie, męczące, ale zakończone sukcesem walki z dwoma zaczepami 🙂

W końcu trzeba wracać. Jeszcze tylko decyzja czy zwijać wędkę tutaj, czy przy samochodzie. Na ogół wracam z już spakowanym sprzętem, co znacznie ułatwia poruszanie się po lesie. Tym razem jednak tego nie zrobiłem, co wkrótce okazało się niezwykle wprost szczęśliwą decyzją.

Maszeruję ok. 20 minut, raz blisko rzeki, a raz bardziej w lesie. W pewnym momencie przez krzaki widzę miejsce, gdzie miałem spotkanie z trocią. Naprawdę nie miałem zamiaru tam się zatrzymywać, no ale skoro już tu jestem… Daje sobie 5 minut. Dwa pierwsze rzuty nic nie przynoszą, zmieniam woblera na nieco większego i głębiej schodzącego. Rzucam nim tak jak wtedy, pod prąd. Nic, kolejny raz to samo. Trzeci raz rzucam nieco bardziej pod drugi brzeg, i ściągam wobler z prądem po skosie przez koryto rzeki. Po miejscu gdzie plecionka niknie w nurcie widzę, że przynęta jest już przy kancie rynny. I w tym wspaniałym momencie, ok. 3 metry ode mnie w wobler coś potężnie uderza. Widzę srebrny błysk, i na powierzchni pojawia się troć, jest naprawdę duża! Walka jest twarda – troć jest bardzo silna, i pomaga jej prąd wody, ale ja nie zamierzam jej na dużo pozwolić – sprzęt choć pstrągowy to jest dość mocny i mogę mu zaufać. Hol trwa ok. dwóch minut, w końcu ręką wyciągam ja z wody. Jest moja! Jak trzymam ją w rękach to jeszcze się szarpie, i kotwiczka której jeden grot tkwi w pysku ryby, drugim grotem wczepia się w kołnierz mojej kurtki. Hmm, trochę głupia sytuacja, ale udaje mi się szybko wyrwać grot z materiału, i w końcu mogę podziwiać rybę w całej krasie.

Jest przepiękna, a ja czuję się szczęśliwy, mam ochotę krzyczeć. Wyciągam miarkę, przykładam – 72 cm!! Muszę jeszcze szybko zrobić zdjęcia, żeby wypuścić rybę do wody. Nie jest to proste – jestem sam, pada deszcz, wszystko tonie w błocie, a ryba nie zamierza ułatwiać mi sprawy. Szybka fotka na pniu drzewa, później ustawiam samowyzwalacz  i robię sobie zdjęcie z rybą – wiem że nie będą udane, niestety z tej przygody nie będę miał fotki na pulpit komputera.

Po tej krótkiej sesji delikatnie wkładam troć do wody, a ona raźnie macha ogonem i znika w toni. Teraz przychodzi czas na cieszenie się sukcesem, w myślach przeżywam jeszcze raz kontakt z tą wspaniałą rybą. Nie mogę wprost uwierzyć, że dostałem jeszcze jedną szansę od losu, moje szczęście jest wprost niewiarygodne. Jestem wędkarsko zaspokojony, wiem że mój pech się skończył. Naprawdę trudno byłoby mi sobie wyobrazić lepszy urodzinowy prezent…

Opublikowano spinning, wędkarstwo, łowienie | Otagowano , , | 2 Komentarze

pstrągi – bolesna porażka

Przez cały tydzień czekam na sobotę i kolejną wyprawę na pstrągi. Tym razem jadę z Patrykiem, w to samo miejsce gdzie tydzień temu – bardzo fajnie mi się tam łowiło.

Od początku wszystko idzie nie tak jak trzeba. Są takie dni. Miało być 0 stopni, a jest mróz i przelotki zamarzają. Straciłem trzy woblery, z tego, o zgrozo, dwa na drzewach, i to rzut po rzucie! Zamarznięte przelotki obniżają niezbędną precyzję rzutów, a nie zawsze chce się dokładnie pozbywać lodu po każdym rzucie.  Jak wplątała się plecionka pod szpulę, to na rozplątywaniu spędziłem ok. 15 minut. Jak skończyłem, składając znowu w całość kołowrotek strąciłem do wody nakrętkę do szpuli. Jak ja szczęśliwie odzyskałem, to okazało się że rzucony wobler zaplątał się kompletnie w gałęzie pod brzegiem – znowu żmudne rozplątywanie przy którym o mało co nie wpadłem do wody. Musiałem odpiąć wobler i wyszarpnąć plecionkę, która była tak zaplątana, że urwał się krętlik z agrafką. Przy zawiązywaniu nowego okazało się że…  zgubiłem gdzieś wcześniej przecinak do żyłki i plecionki, którego używałem od dobrego roku. Masakra! Do tego nie mieliśmy nawet wyjścia ryby… Tak już bywa, prawo czarnej serii.
W końcu na kolejnym zaczepie, kompletnie zagotowany, mówię do Patryka że wracamy do domu, jest już zresztą późno. Udaje się jednak odzyskać przynętę, uzgadniamy więc że zostajemy na dosłownie kilka ostatnich rzutów. Na zwykłej prostce posyłam 5-cm Executora w dół rzeczki pod drugi brzeg, przytrzymuje, i powoli ściągam wzdłuż mojej burty. W tym momencie następuje przytrzymanie i pulsujący opór. Na powierzchni pojawia się podłużny, srebrny kształt, który momentalnie odjeżdża mi ok. 10 m w dół rzeczki. Jestem prawie pewien że to troć, która się tutaj zdarza, bo na pstrąga ryba wydaje się za duża, ma przynajmniej 60 cm! Wołam głośno Patryka, który łowi kilkadziesiąt metrów dalej.  Dokręcam hamulec, schodzę trochę w dół. Widzę rybę, jest piękna, ale nie tylko błyska srebrem, ale i lśni różowo – to piękny pstrąg tęczowy!
Po ok. minucie holu ryba jest po nogami, w tym momencie na moją prośbę Patryk zaczyna filmować całą akcję. W duszy wszystko mi gra, czuję że warto się był dzisiaj pomęczyć. To był jakby test, który zdałem, więc pstrąg wydaje się już mój, jest moim zadośćuczynieniem za ten nieudany dzień, on po prostu mi się należy! Dekoncentruje się, wyobrażam już sobie jakie fajne będą zdjęcia i opowiadanie o kiepskiej wyprawie z bardzo szczęśliwym zakończeniem. Przestaję myśleć, zamiast próbować podbierać rybę czekam nie wiadomo na co, ciesząc się holem i pięknem ryby. Pstrąg cały czas ostro walczy o życie, wyskakując z wody, trzęsąc łbem i uderzając ogonem w linkę. I w tym cholernym momencie, pod samymi nogami, czuję nagły luz, a wobler wyskakuje z wody… Czuję że los ze mnie zakpił, po soczystym przekleństwie klękam na ziemi i mam wszystkiego dosyć. Zapada cisza, po chwili Patryk próbuje mnie pocieszać, a mnie się nie chce nawet odpowiadać, wiem że nic już dzisiaj nie wynagrodzi mi tej straty. To byłby mój pierwszy tęczak, i największy pstrąg jakiego złowiłem, na kolejnego takiego mogę czekać latami.

Najgorsze jest to, że mam poczucie schrzanienia sprawy. Mogłem skrócić pierwszą fazę holu. Przy brzegu owszem, pstrąg jeszcze młynkował, ale był na wyciągnięcie ręki, więc mogłem choć spróbować go podebrać, a ja stałem jak gapiąc się na rybę jak ciele na malowane wrota…

Niżej filmik z feralnymi ostatnimi 30 sekundami holu (uwaga, pada brzydkie słowo)

Opublikowano spinning, wędkarstwo, łowienie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Sezon pstrągowy 2011 uznaję za otwarty

Tydzień temu otworzyłem sezon trociowy biorąc udział w zawodach Troć Iny. Niestety, od tego czasu na Inie utrzymuje się bardzo wysoka woda, silny uciąg, nie słychać też za bardzo o łowionych rybach. Na ten weekend zaplanowałem sobie zatem wypad na pstrągi. Umawiałem się już od tygodnia na wspólny wyjazd z Robertem, w czwartek odezwał się też Patryk proponując wspólne pstrągowanie, zapowiadał się więc wyjazd mocną ekipą. No fajnie, tyle tylko że w piątek wieczorem okazało się, że Robert zamiast na ryby zmuszony został do rodzinnych odwiedzin, a Patryk będąc na rybach w piątek rozwalił sobie kolano i też nie może jechać.

Na ogół lubię samotne pstrągowanie – cisza, spokój, prawdziwy relaks i obcowanie z przyrodą, no i wszystkie miejscówki dla mnie 🙂 Tym razem jednak nie za bardzo mi się to uśmiechało, ze względu na warunki. Wysoka woda, konieczność brodzenia, zalane doły, jakieś bagna – w takich warunkach jednak lepiej mieć kogoś przy sobie dla bezpieczeństwa. No ale trudno, z wyjazdu nie zamierzałem rezygnować. Trzeba było jeszcze tylko wybrać miejsce. Mieszkając w Szczecinie to prawdziwe wyzwanie, wody pstrągowej jest w promieniu kilkudziesięciu kilometrów bez liku. Nie chcąc rezygnować całkiem z szansy na łowienie troci, zdecydowałem się w końcu na rzeczkę pstrągowo-trociową. Nie stosuję jakiegoś przesadnie delikatnego sprzętu – plecionka 0,12 i kij do 18 g powinny poradzić sobie, gdyby jakimś szczęśliwym trafem w woblera uderzył wędrujący kuzyn pstrąga. Zamierzałem tym razem pojechać w ciemno na odcinek, na jakim jeszcze nigdy nie łowiłem.

Budzik nastawiłem sobie na 7 rano, co jak dla mnie jest bardzo wczesną porą, na co dzień do pracy wstaję później. Tymczasem obudziłem się spokojnie bez budzika, czując się całkiem wyspany. Leżę sobie zatem, czekając na dźwięk dzwonka, gdy nagle szturcha mnie Agnieszka, i słyszę „A ty nie miałeś wstać o 7??” Patrze na zegarek – 9.20, cholera! Zdaje się że ustawiłem w telefonie budzik, ale go nie zapisałem. No pięknie, dobrze w takim razie że nie byłem umówiony z chłopakami, bo byłby wstyd. Śniadanie, pakowanie, i w końcu w drogę, przede mną kilkadziesiąt kilometrów.

Po drodze wspominam swoje dotychczasowe wyprawy na pstrągi. Jak do tej pory jeździłem na te ryby tylko zimą i wiosną. Latem jakoś mnie nie ciągnęło – jest wtedy tyle innych ciekawych możliwości dla spinningisty, że na letnie pstrągi zawsze brakło mi czasu. A poza tym, hmmm, nienawidzę komarów i w ogóle robali, a latem na zakrzaczonych pomorskich rzeczkach można zostać zjedzonym żywcem.

Dwa lata temu powróciłem do łowienia pstrągów po dłuższej przerwie. Otworzyłem wtedy sezon pięknie, potokowcem 48 cm:

Zdjęcie jest okropne, no ale wtedy zależało mi żeby jak najszybciej wypuścić rybę, a ona coś nie chciała współpracować. Później jeździłem jeszcze nad tą rzeczkę wielokrotnie, jednak nie złowiłem już większej ryby, trafiały się co najwyżej takie mniej więcej „trzydziestaki” które i tak cieszyły – mimo wszystko złowienie pstrąga nobilituje, a poza tym… to po prostu przepiękna ryba!

W zeszłym roku sezon miałem kompletnie nieudany – zimą byłem na pstrągach ze dwa razy, na miejscu jednak okazywało się, że łowienie było praktycznie niemożliwe ze względu na lód. Jak się ociepliło, to zacząłem ganiać za kleniem i jaziem, podczas jednej z tych wypraw trafił mi się mały pstrążek na Inie, i to był mój jedyny kontakt z tą rybą w zeszłym roku.

No ale wracając do ostatniej wyprawy. Dojechałem na miejsce wybrane na mapie, zaparkowałem w wiosce przy samym moście. Wyszedłem z samochodu, pierwszy rzut oka na rzekę, i wydaje się że nie jest źle. Woda wprawdzie była bardzo wysoka, ale trzymała się koryta. Dla pewności, zanim wskoczyłem w neopreny, przeszedłem się kawałek brzegiem w górę rzeki. Wydawało się OK, choć nie miałem pewności jak to wyglądało dalej, jak pisałem byłem w tym miejscu pierwszy raz.

W końcu ruszam brzegiem w pełnym rynsztunku, mając nadzieję że po powrocie zastanę samochód w takim stanie, w jakim go zostawiłem. Każdy ma jakieś fobie, ja akurat ruszając gdzieś w dzicz jestem zawsze prawie pewny, że po powrocie będę kombinował sobie jakiś transport, bo moje auto ktoś ukradnie, poprzecina opony, powybija szyby itp. Tym razem moje obawy potęgował fakt, że miejscowość w której parkowałem to powszechnie znane kłusownicze gniazdo, a ja będąc rozpieszczonym mieszczuchem ze sporą dozą podejrzliwości traktuję mieszkańców terenów wiejskich.

Szybko mijam ostatnie chaty, i zostaję sam na sam z rzeką. Mój umysł oczyszcza się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jestem tylko ja i przyroda, nic innego nie ma teraz znaczenia – żadne kłopoty, czy stresy codziennego życia. Montuje sprzęt, na koniec zestawu trafia 6 cm woblerek Kenarta. Pierwsze rzuty są nieco niepewne, trochę „zardzewiałem”. Jednak z każdym kolejnym razem przynęta coraz precyzyjniej trafia w wybrane miejsce, przerwy w gałęziach zasłaniających przeciwległy brzeg czy kawałek wody za zwalonym do wody drzewem.

Brzeg miejscami jest bardzo błotnisty, widać że dopiero co w wielu miejscach stała woda, gdzieniegdzie są też duże bajora przez które muszę brodzić, a czasem nawet obchodzić je dookoła. Rzeka bardzo mi się podoba:

Nie ma żadnych ludzi, w pewnym momencie tylko zaskakuje mnie widok dwóch kajakarzy, głośno klnących na widok zwalonego do wody drzewa.

Mam wrażenie że przy tym stanie wody Kenart schodzi nieco za płytko, zakładam więc 5-cm Executora z dużym sterem. W pewnym momencie stoję po wewnętrznej stronie zakrętu, i obławiam rynnę pod drugim brzegiem. Rzucam lekko w dół rzeki, pozwalając następnie prądowi na sprowadzenie woblera pod mój brzeg. Za którymś rzutem, w chwili gdy wobler jest mniej więcej na środku rzeki, czuję że przynętę coś zatrzymało, a następnie opór przeradza się w dynamiczne pulsowanie. Krotki hol, i widzę jak przy brzegu zwija się błyskający złotem pstrąg. Wyciągam go z wody, szybko mierzę, strzelam fotkę, i wypuszczam z powrotem do wody. Miał 32 cm, był chudziutki, wymizerowany jeszcze po tarle, niemniej jednak bardzo mnie ucieszył, w końcu to pierwszy w sezonie, i pierwszy na nowym łowisku. Fotkę która tutaj pierwotnie była usunąłem – ryba była  niewymiarowa, a fotka zrobiona już na brzegu, i jak się okazało mogła wzbudzić kontrowersje, co szerzej opiszę w innym poście, bo to ciekawe doświadczenie. Pstrążek, mimo że wychudzony nie doznał żadnego uszczerbku na zdrowiu pozując do szybkiej fotki i raźno odpłynął.

Jak się okazało była to jedyna ryba tego dnia. Posuwałem się dalej w górę rzeki, ale wkrótce, po trzech godzinach łowienia, trzeba było się zwijać i ruszać w drogę powrotną, bo zaczęło się robić ciemno. Jeszcze tylko szybki marsz przez las do samochodu, co spowodowało że pod neoprenami zacząłem się gotować. Chcąc sobie skrócić drogę, widząc już praktycznie samochód, wpadłem jeszcze prawie po pas w jakiś na pozór niewinnie wyglądający rów, a wyskakując z niego ochlapałem sobie całą twarz błotem. No nic, i tak lepsze to od siedzenia w pracy 🙂 Samochód jak zwykle był w takim stanie jak go zostawiłem, więc mogłem spokojnie ruszyć do domu, w myślach obmyślając już kolejną wyprawę w następnym tygodniu. Hmm, wypróbuję chyba wtedy jakieś większe woblerki…

Opublikowano spinning, Uncategorized, wędkarstwo, łowienie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Troć Iny 2011

No tak, mamy już połowę stycznia, od dwóch tygodni trwa sezon trociowy, a ja nie napisałem jeszcze ani słowa na ten temat. Powód jest bolesny, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. W końcówce grudnia, w dniu, w którym zakończyłem przygotowania do nowego sezonu – kupione zezwolenie, odnowiony zapas przynęt, nowa żyłka – odnowiła mi się kontuzja pleców. W efekcie wylądowałem w łóżku na dobre półtorej tygodnia, spędzając w pozycji horyzontalnej także Sylwestra, a o jakimkolwiek udziale w otwarciu sezonu nie było mowy. Zostało mi tylko śledzenie zdjęć i relacji na portalach i forach internetowych. Oczywiście najbardziej interesowała mnie najbliższa Ina.

I jak to wyglądało? W Nowy Rok szybko pojawiły się zdjęcia łowionych ryb. Odebrałem też telefon od Roberta, z informacją że jego kolega już do południa miał komplet ładnych ryb (zresztą, na dzisiaj ten kolega ma już 5 sztuk). Niemniej jednak wydaje się, że otwarcie w tym roku było mniej spektakularne w porównaniu z poprzednim sezonem. Wynikać to jednak mogło z kilku przyczyn: mroźna pogoda, a co za tym idzie niebezpieczne nawisy lodowe, oraz wysoki stan wody powodowały, że ograniczona była ilość miejsc gdzie można było łowić. Do tego więcej chętnych do łowienia – tych, którzy dotychczas jeździli nad Regę czy Parsętę, a w tym roku zdecydowali się otworzyć sezon na Inie. Wreszcie, po zaskakująco świetnym otwarciu 2010, którego mało kto się spodziewał, w tym roku duże wyższe były też oczekiwania trociarzy.

Niemniej jednak nie moglem się doczekać wyjazdu nad rzekę. Myślałem że może uda mi się to 6-go stycznia, który od tego roku jest wolnym dniem, może w weekend 8-9 stycznia… Niestety, ból był ciągle za silny. W końcu jednak poprawiło mi się na tyle, że mogłem wziąć udział 15 stycznia w zawodach Troć Iny 2011. Zawody są pierwszymi z cyklu imprez „Turnieju Czterech Rzek o Puchar Żubra”. Na wyjazd umawiałem się z Patrykiem, dzień wcześniej okazało się, że będzie też Robert, który nawiasem mówiąc jest zeszłorocznym zwycięzcą całego turnieju.

Spotkaliśmy się o 7 rano w Goleniowie, na polu biwakowym leżącym bezpośrednio przy rzece. Szybko się zarejestrowaliśmy i otrzymaliśmy pakiet startowy – poza numerkiem była w nim pamiątkowa obrotówka, materiały sponsorów, bułka i konserwa 🙂 Do godziny 8 trwa rejestracja, przyjeżdżają kolejni uczestnicy, np. Bałtobus z Trójmiasta, są nawet wędkarze z Małopolski, którzy musieli przejechać cała Polskę. O 8 zaczyna się odprawa

Warto było w tym momencie uważnie słuchać sędziego, o czym bardzo boleśnie przekonał się później jeden z kolegów, i co w efekcie zmieniło wyniki zawodów – ale o tym później.

Odprawa się kończy, jest 8.30, czas na łowienie. Wszyscy rzucają się do samochodów lub zagłębiają się w las, chcąc obłowić malowniczy odcinek powyżej Goleniowa. My wciąż nie ustaliliśmy gdzie będziemy łowić, gorączkowo naradzamy się więc przy samochodach. Kuszą łąkowe, dzikie odcinki Iny w okolicach Strumian, Sowna czy Poczernina, ale wiemy że warunki są tam bardzo ciężkie ze względu na wysoką wodę. Decydujemy się zatem na bezpieczne rozwiązanie, i w trójkę, z Patrykiem i Robertem jedziemy na odcinek między oczyszczalnią ścieków w Goleniowie a mostem na S3. Zaletą tego odcinka jest bardzo łatwo dostępny brzeg, żadnych krzaków. Łowimy komfortowo z wału i nie musimy brodzić w wodzie. Pewnym minusem jest liczne towarzystwo. Przy okazji mały wtręt – część wędkarzy wspomagała się piwem, co samo w sobie nie jest niczym złym. Sam lubię chmielowy napój, choć niekoniecznie o 8 rano. Problemem było to, że jak później wracaliśmy do samochodów, to wszystkie te puszki widzieliśmy po raz drugi, niestety już w krzakach. Co ciekawe, tymi piwoszami byli mieszkańcy Goleniowa, którym powinno najbardziej zależeć na tym, żeby w ich mieście było czysto…

Obławiamy dokładnie ten odcinek rzeki, schodząc w dół. Nie mamy żadnego kontaktu z rybą, podobnie jak wszyscy łowiący na tym odcinku. Łowienie utrudnia to, że za każdym razem kotwiczka wyciąganej z wody przynęty okryta jest zielskiem, czy to wyrwanym z dna, czy to spływającym z nurtem.

Dochodzimy do mostu na S3. Ja mam na tą chwile dosyć, plecy dają mi mocno do wiwatu, więc kładę się na betonowej podbudowie wiaduktu i daję im odpocząć, a Robert i Patryk dokładnie obławiają najbliższą okolicę. Przed nami jeszcze dwie godziny zawodów, postanawiamy wrócić i obłowić jeszcze inny odcinek. Wracamy rzucając jeszcze od czasu do czasu, potem wsiadamy w samochody i wracamy na pole biwakowe gdzie jest główne miejsce zbiórki. Tam idziemy jeszcze w gorę rzeki, i obławiamy Inę płynąca przez las. Komfort łowienia jest może nieco mniejszy, ale jednak przyjemność dużo większa ze względu na piękno otaczającej nas przyrody i rzekę, która nie przypominam już w tym miejscu zwykłego kanału. Łowimy tak jeszcze przez godzinę, jak nam została.

Ja klęczę w chwili odpoczynku, w tle Robert ciągle walczy:

Po drodzy spotykamy innych uczestników, dowiadujemy się zatem jak wygląda sytuacja z wynikami – otóż nie najlepiej, słyszymy o jednej, dwóch rybach.

W końcu 14.00, zwijamy sprzęt i wracamy na nieodległe miejsce zbiórki. Tam w celu odzyskania nadwątlonych sił dorwaliśmy się do kotła z wojskową grochówką – mniam, pychota. Przy drugim daniu, czyli kiełbasie z grilla, dowiadujemy się jak wygląda sytuacja z wynikami zawodów.

Otóż wygląda bardzo (nie)ciekawie. Oficjalnie, zgodnie z regulaminem zgłoszona została jedna ryba. Do tego wędkarz nie biorący udziału w zawodach złowił i pokazał komplet ryb, no ale oczywiście nie miało to wpływu na wyniki. Natomiast… Jeden z zawodników o godz. 14.36, czyli kilka minut po czasie, przywiózł piękny komplet troci, który dawałby mu zwycięstwo. Tyle tylko że… nie dość, że po czasie, to przede wszystkim ryby nie zostały zgodnie z regulaminem zgłoszone telefonicznie sędziemu do momentu zakończenia zawodów, czyli godz. 14.00. Po krótkiej naradzie zapadła ostateczna decyzja: ryby nie zostały zaliczone! Straszny pech, no ale zasady były jasne, i są ustalane po to, żeby ich przestrzegać.

Zwycięzcą została zatem kolega z Mielna z jedną oficjalnie zaliczoną trocią o wadze 1,6 kg. Nastąpił moment przemówień, podziękowań dla sponsorów i osób zaangażowanych w organizację zawodów i wspierających działania Towarzystwa Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy, oraz oczywiście wręczenia nagród dla zwycięzcy:

Przy mikrofonie Artur Furdyna, prezes TPRIiG. Szczególnie wzruszającą chwilą była minuta ciszy, jaką wszyscy uczcili pamięć Sebastiana Bartołda, młodego członka TPRIiG, który zginął tragicznie w nurcie kochanej przez siebie Iny dokładnie rok wcześniej. Zwycięzca uczynił piękny gest, nie przyjmując nagrody za największą rybę zawodów, i prosząc organizatorów o przekazanie jej koledze z Goleniowa, którego ryby nie zostały zakwalifikowane – i tak faktycznie się stało

W międzyczasie był czas na żarty i rozmowy ze znajomymi, kto chciał mógł kupić ręcznie wyrabiane przynęty czy różnego rodzaju gadżety, albo raczyć się produktem głównego sponsora zawodów:

I to by było na tyle. Podsumowując – otworzyłem w końcu sezon, biorąc udział w bardzo udanej, mimo niewielu złowionych ryb, imprezie:

Opublikowano spinning, Uncategorized, wędkarstwo, łowienie | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Belony 2010

Hmm, mamy już styczeń 2011, więc czas najwyższy odrobić zaległości i napisać jeszcze kilka słów o łowieniu belon w 2010 roku.

Uwielbiam łowić belony. Nie ma problemu z wyborem łowiska – wybrzeże Bałtyku mamy długie, ryb jest zawsze dużo, więc nie zdarza się schodzić o kiju. Do tego co chwila coś się dzieje, jakieś brania, szturchnięcia, krótkie hole zakończone spadem. To ostatnie zdarza się nierzadko, belona ma specyficzny, twardy „dziób”, w który z trudem wbijają się groty kotwiczki. Fachowcy zalecają więc dodawanie do przynęty tzw przywieszki, czyli dodatkowej kotwiczki zawieszanej kilka cm za właściwą kotwiczką, albo też przywiązanie głównej kotwiczki na kilkucentymetrowej lince. Bawiłem się w te rzeczy do czasu, gdy dwa lata temu na jednym z wyjazdów na belonę najbardziej skuteczny okazał się standardowy, w ogóle nie przerobiony Mors 3. Obecnie dodaję co najwyżej dodatkowe kółeczko łącznikowe. Jak się ryba zepnie to trudno, jej szczęście, i tak ich nie zabieram. Dodać jeszcze muszę, że rozwiązaniem stosowanym w Skandynawii jest łowienie w ogóle bez kotwiczki, jej rolę spełnia włóczka, w którą wczepiają się ząbki belony. Rozwiązanie ciekawe i humanitarne. Gorzej jak w błystkę uderzy troć, co jest jeszcze całkiem możliwe w tym okresie.

Wracając jednak do zalet łowienia belon, wymienić mogę jeszcze dwie – łowi się te ryby w okresie, gdy przypływają w pobliże brzegu na tarło, jest to okres ok. 3 tygodni, miesiąca, i przypada na ogół w okolicach maja. Pogoda jest więc już odpowiednia, słoneczko często miło przygrzewa i łowienie jest autentycznie przyjemne, co nie zawsze da się powiedzieć o łowieniu troci w morzu w zimowych miesiącach.

W końcu, last but not least, belona jest rybą bardzo waleczną, mimo niewielkiej ze względu na swój kształt masy ciała. Podczas holu ostro walczy, często wyskakując nad wodę.

Belonę łowi się generalnie na podobne przynęty jak morską troć, czyli nie za duże, podłużnego kształtu, dość ciężkie błystki wahadłowe i podłużne, bezsterowe woblery. Z obowiązku dodam, bo to nie moja bajka, że popularne jest też łowienie belon na spławik z wykorzystaniem mięsnych przynęt.

Wracając do tegorocznych połowów. Nie połowiłem niestety za dużo, na rybach byłem zaledwie dwa razy, więc za bardzo nie mam co pisać.

Przez pewien czas wyjazd uniemożliwiała pogoda. W końcu, w czwartek 20 maja pogoda była idealna. Szybko sprawdziłem prognozę falowania, na następne dni – była bez zarzutu, i wiedziałem już że nie wytrzymam do weekendu. Załatwiłem urlop na piątek, i umówiłem się na wyjazd z Patrykiem.

Po koszmarnie wczesnej pobudce meldujemy się w Międzyzdrojach. W tym okresie nasze łowisko z poprzedniego roku było niedostępne, gdyż znajduje się na terenie Wolińskiego Parku Narodowego, i przez większą część 2010 roku obowiązywał tam zakaz łowienia. Decydujemy się więc na łowisko w okolicy ośrodka Lasów Państwowych.

Zaczynamy łowienie punkt 7 rano, pełni zapału, wyposzczeni rocznym oczekiwaniem na belonowe łowy. W miarę jak czas upływał, miny pomału nam jednak rzedną. Przez 2,5 godz. łowienia mamy tylko jedno odprowadzenie i jeden spad. W końcu pierwszy sukcesik:

Następny rzut i łowię kolejną, po chwili jeszcze jedną. Później długa przerwa, z przerywnikami w postaci odprowadzeń, szturchnięć albo spadów. Zmieniam „szczęśliwą” błystkę, i łowię jeszcze dwie. Później walczymy jeszcze z godzinę, ale już bez powodzenia. Łącznie złowiłem 5 belon w rozmiarze 62-67 cm, Patryk złowił dwie. Jak na 8 godzin łowienia to szału nie ma… Ale frajda jest duża mimo wszystko

Patryk ze swoimi rybami:

W międzyczasie miałem kłopoty z kołowrotkiem. Używałem Shimano Twin Powera 4000, więc generalnie świetny kołowrotek, w teorii całkowicie odporny na słoną wodę. Niemniej jednak po tym, jak wysychała morska woda którą był zmoczony, to sól osadzała się na trzpieniu i kołowrotek zaczął chodzić bardzo ciężko. Nie mieliśmy przy sobie słodkiej wody tylko colę, i nie bardzo wiedziałem co zrobić. Wtedy rady udzielił mi Patryk, który miał podobne kłopoty ze swoim Dragonem. Powiedział żeby zdjąć szpulę i… napluć do środka, na trzpień. Hmm, wiem jak to brzmi, ale nie miałem nic do stracenia, więc tak zrobiłem. Jak się okazało, to pomagało, i kołowrotek przez jakiś czas chodził lekko i płynnie. Gdy zaczynał znowu przycinać, pluło się na niego ponownie, i tak w kółko 🙂

Ponownie pojechałem na belony dwa dni później, tym razem sam. Chcąc zmienić miejsce pojechałem do Trzęsacza, ale tam się okazało że wiatr i fale są za duże. Wylądowałem więc w końcu w Międzyzdrojach, w tym samym miejscu co dwa dni wcześniej. Warunki były trudne, silny wiatr i wysoka fala. Łowiłem tylko 2,5 godziny, miałem dwa niezacięte brania, jedno odprowadzenie, i jedną złowioną – ok. 70 cm (mierzona w powietrzu):

I to było na tyle jeżeli chodzi o belony w 2010, tylko 2 wyjazdy i 6 ryb. Mam nadzieję że rok 2011 będzie bardziej udany.

Opublikowano spinning, wędkarstwo | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Salmo Saltus 2010

W dniach 19-21 listopada miałem przyjemność uczestniczyć w zlocie łowców morskiej troci, pod nazwą Salmo Saltus 2010. Bazą zlotu był ośrodek Grodno II położony między Wisełką a Międzyzdrojami. Na wyjazd umawiałem się z kolega Wojtkiem, poznanym przez jedno z wędkarskich forów. Nie pojechaliśmy jednak razem – Wojtek zameldował się na miejscu już w piątek rano, i łowił cały dzień. Ja mogłem wyjechać ze Szczecina dopiero po 19-tej, więc na miejsce zajechałem już wieczorem. W ośrodku przywitał mnie widok dziesiątków ciuchów – spodniobutów, kurtek, suszących się każdym wolnym miejscu korytarzy. Było także kilka belly-boatów. Ci co łowili już w piątek mieli za sobą ciężki dzień, ze względu na duży wiatr, a tym samym fale. Nie padła też żadna ryba. Przywiozłem zapas płynnych kalorii, więc przez resztę wieczoru raczyliśmy się z Wojtkiem piwem, drinkami i różnymi opowieściami.

W sobotę bardzo wczesna pobudka, o 7 śniadanie, no i wbijamy się w ciuchy – spodnie, spodniobuty, koszulki, bluzy kurtki itp. Po założeniu wszystkiego na siebie czuję się trochę jak w skafandrze kosmicznym, no ale nie zamierzam marznąć, a przed nami cały dzień który spędzimy na powietrzu i w zimnej wodzie. Schodzimy ścieżką po wysokim i stromym klifie (o rany, trzeba będzie potem się tędy wdrapać!), i jesteśmy nad morzem. Pogoda na szczęście jest dużo lepsza niż w piątek, wiatr ucichł, fale są niższe i pozwalają na komfortowe łowienie.

Kierujemy się, jak praktycznie wszyscy, w lewo, w kierunku Międzyzdrojów i widniejącego w dali klifu. Pod klifem dno jest kamieniste, i miejsce to słynie jako najlepsze łowisko trociowe na zachodnim wybrzeżu. Coraz częściej jednak można usłyszeć czy przeczytać, że trocie są praktycznie wszędzie, przebywają wzdłuż całego wybrzeża, i z równym powiedzeniem można je też złowić „na piasku”. Dlatego też, w drodze pod klif, zatrzymujemy się co kilkadziesiąt-kilkaset metrów i obławiamy kolejne miejsca. Wyglądało to tak:

Łowienie jest przyjemne, gorzej z chodzeniem, sprzęt i ciuchy sporo ważą.

Po kilku godzinach łowienia wyciągam pierwszą, i jak się później okazało jedyną moją rybę:

Hehe, tak to nie żart, tylko mała płastuga, zdaje się że turbot, zapięty centralnie za pysk, takich przypadków było na zlocie dużo.

Godziny mijały, gdzieniegdzie dochodziły wieści o kontaktach z rybą, ale widać było że generalnie brania są słabe. W końcu łowiło ok. 80-ciu wędkarzy, a jak się później okazało złowione zostały tego dnia tylko dwie ryby. Jest czas na żarty i pogaduszki z innymi uczestnikami zlotu, atmosfera jest wspaniała.

Po wielu godzinach łowienia, zmęczeni ale zadowoleni mimo braku wyników, wracamy na obiad. Po obiedzie czas na trochę snu. O godzinie 19-tej spotykamy się w dużej sali ośrodka. Zebranie dotyczy organizacji wędkarzy morskich w nowe stowarzyszenie. Zaczyna Daniel Tanona, opowiadając dlaczego istnieje potrzeba zorganizowania się wędkarzy morskich poza strukturami PZW, każdy z uczestników otrzymuje też projekt statutu. Przemawia też Artur Furdyna, oraz zaproszony szef organizacji wędkarskiej z Łotwy. Miłym akcentem są też podziękowania dla przedstawiciela Wolińskiego Parku Narodowego za umożliwienie wędkarzom łowienia na terenach Parku, co przez cały 2010 rok było zabronione.

Po zebraniu i kolacji przychodzi czas na część „rozrywkową” 😉 czyli rozmowy mocno zakrapiane alkoholem. Siedzimy wszyscy w stołówce, przez co jest okazja porozmawiać z osobami znanymi dotychczas tylko z forów lub gazet wędkarskich – Marek Szymański, Wojtek Wiśniewski i wielu innych świetnych łowców morskich troci. Jest dużo śmiechu i ciekawych opowieści.

Gdzieś koło drugiej idę spać, rano chce jeszcze wstać i połowić. Wojtek zostaje dłużej, przez co następnego ranka po śniadaniu nie wychodzi, tylko idzie dalej spać.

Ruszam więc samotnie. Tym razem pogoda jest po prostu idealna, tzn wiatru i fal po prostu nie ma. Wiem że nie dojdę już do klifu, gdyż o 13-tej jest zakończenie imprezy i chcę wracać do domu, więc obławiam piaszczyste plaże. W pewnym momencie, na wprost mnie w odległości ok. 20 metrów widzę, jak spokojną, oleistą powierzchnię morza przecina grzbiet jakiejś ryby. Troć! Gorączkowo obrzucam to miejsce. Widzę też jakieś oznaki, że pod powierzchnią wody coś się dzieje, bo co chwila nad powierzchnię wody wyskakują malutkie rybki. Wygląda to tak, jakby ktoś rzucił na powierzchnię garść grochu.

Kolejny rzut, ciągle w miejscu spławienia się ryby. Ściągam, przynęta jest coraz bliżej, jak zawsze patrzę w morze w miejscu, gdzie ma się ukazać. Jest, widzę, ale… O rany! Za błystką podąża jakiś biały, lekko srebrzysty, podłużny kształt! Nie jest duży, ok. 50 cm, ale to jest bez wątpienia troć! Błystka była już pod nogami, nie mam innego wyjścia niż wyciągnąć ją z wody, a ryba znika. Zrobiło mi się gorąco, to mój pierwszy w życiu kontakt z morska trocią! Nie mogę przeboleć, że nie zaatakowała przynęty, ale jednocześnie jestem szczęśliwy, że moglem choć w taki sposób obcować z tą wspaniałą rybą. Obławiam to miejsce jeszcze przed dobre 40 minut, ale bez rezultatu, nie widzę już też żadnych oznak aktywności.

Czas już wracać. Na parkingu ośrodka ma miejsce jeszcze krótka uroczystość pożegnania uczestników zlotu, wręczenia nagród i zaproszenie na następne spotkania

Drugiego dnia żaden ze zlotowiczów nie złowił już ryby, ale ładna troć padła w okolicy ośrodka złowiona przez innego wędkarza:

Wracam zmęczony, ale bardzo zadowolony mimo braku sukcesów. Spędziłem czas z fantastycznymi ludźmi, no i miałem na koncie pierwszy – choć tylko wzrokowy – kontakt z bałtycką trocią. W końcu się uda, trzeba być tylko wytrwałym.

Opublikowano spinning, wędkarstwo | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Bolenie – 3 rekordy w jeden dzień

Przed minionym sezonem boleń nie był rybą, którą byłbym w jakiś specjalny sposób zafascynowany. Zaczęło się to jednak zmieniać, głównie pod wpływem lektury artykułów w prasie wędkarskiej, portalach i na forach. Na tych ostatnich mogłem oglądać piękne okazy tego gatunku łowione praktycznie w centrum Szczecina. Wydawało by się, że odniesienie sukcesu nie będzie takie trudne. Przez większą część sezon jednak łowiłem niewielkie bolenie, niewymiarowe, lub takie 50+, jak widoczny niżej boleń złowiony pod mostem kolejowym na Dziewokliczu w Szczecinie

Lub ten z Odry w Cedyni

Największy z nich, czyli mój rekord, miał zdaje się 56 cm długości.

W środku sezonu, dzięki Robertowi („przyszłemu mężowi mojej siostry ciotecznej :)”), poznałem Patryka (tak, to drugi Patryk z którym miałem łowić ryby). Patryk jest doskonałym wędkarzem, specjalizującym się w łowieniu boleni, kleni, jazi na Odrze, a do tego autorem przepięknych fotografii wędkarskich: http://foto.fishing.pl/galerie-prywatne/spinningowe-lowy-galeria-patryka-s.

Patryk dysponuje swoim pontonem, i zgodził się zabrać mnie na wyprawę. Robert miał pływać na jednym pontonie i szukać suma, a my z Patrykiem na drugim, z nastawieniem głównie na bolenia. Pierwszy wyjazd nie doszedł do skutku, ze względu na niesprzyjającą pogodę. Ale w końcu, pod koniec sierpnia, wszystko zagrało jak trzeba pojechaliśmy. Celem była Odra na odcinku od Widuchowej do Bielinka.  Nocne spotkanie na stacji benzynowej, i w dwa auta śmigamy na południe. Pod dojechaniu o świcie na miejsce nadmuchujemy ponton, szykujemy sprzęt, i w końcu się wodujemy, chwilę po 6 rano. Na zdjęciu Robert w swoim jednoosobowym pływadełku przy burcie naszego pontonu

Musze powiedzieć że dla mnie było coś magicznego w tej chwili: pędziliśmy przez środek pustej rzeki, pogoda była piękna, czekał mnie cały dzień łowienia w doborowym towarzystwie, wszystko było po prostu takie jak trzeba.

Jestem tylko pasażerem, w kwestii miejscówek całkowicie zdanym na znającego świetnie te wody Patryka. Zaczyna się w miarę nieźle, wkrótce po rozpoczęciu łowię na woblera pierwszego bolka, choć małego, ok. 40 cm. Pływamy z miejsca na miejsce, przez jakiś czas bez sukcesów. Robert też na 0.

Koło południa, na kolejnej miejscówce, Patryk ma nie zacięte boleniowe pobicie, zatrzymujemy się więc tam na dłużej. Ja rzucam przede wszystkim Hermesem Glooga, czasem też głębiej gumą na ciężkiej główce. W pewnym momencie czuję mocne szarpnięcie prowadzonym dość płytko Hermesem, zacięcie i hol, czuję że boleń jest nieco większy. Patryk pomaga mi w lądowaniu, mierzenie – 58 cm, mam więc swój nowy rekord!

Mimo że ryba nie jest jakoś specjalnie wielka, to czuję głęboką satysfakcję, w końcu rekord nie poprawia się codziennie.

Przepływamy kawałek dalej. Tutaj widać, że woda aż się gotuje od ataków boleni. Nasze przynęty co chwila są atakowane, jednak są to niewielkie ryby, nieco większy trafia się Patrykowi

Zmieniając przynęty, zakładam specjalną boleniową błystkę, i po kolejnym ataku czuję większy opór. Ostrożny hol, lądowanie, i mam go w rękach – 66 cm! Yeah, pobiłem po raz kolejny swój boleniowy rekord, poprzedni przetrwał zaledwie niecałą godzinę!

Jestem szczęśliwy i wędkarsko spełniony. Łowimy jeszcze trochę, ale brania słabną. Upał, słońce i zmęczenie godzinami rzucania daje się nam bardzo mocno we znaki, więc spływamy na brzeg na odpoczynek, po chwili dołącza do nas też Robert. Na brzegu jemy kanapki, żartujemy. W pewnym momencie biorę jeszcze spinning i zaczynam rzucać z brzegu, ale z myślą o sandaczu – na zestawie mam gumę z ciężką główką, i łowię nad samym dnem z klasycznego opadu. Po krótkiej chwili łowienia, w kolejnym podbiciu, czuję że coś uderza w gumę, a na wędce osiada duży ciężar. Ryba walczy mocno murując do dna. Hol jest dość długi, branie miało miejsce w samym nurcie daleko od brzegu. Wszyscy zastanawiamy się co to za ryba, obstawiamy suma, może sandacza… w końcu jednak przy brzegu coś błyska srebrem. Boleń! I to jaki! Patryk podbiera rybę, drżącymi rękami kładę ja delikatnie na trawie. Miarka wskazuje 72 cm, czyli kolejny rekord! Trzy rekordy w 2 godziny! Krótka sesja zdjęciowa, i ryba – jak zresztą wszystkie pozostałe – wraca do wody.

Czuję się jak w wędkarskim raju, jakbym nie zasłużył na tyle szczęścia. Chłopaki śmieją się ze mnie przyjacielsko, widząc że efekty tej wyprawy przeszły moje oczekiwania. Jestem zauroczony boleniami i oszołomiony możliwościami, jakie daje łowienie z łodzi lub pontonu na tak bogatym łowisku jakim jest Odra.

Łowimy jeszcze do wieczora, wyciągając kilka ryb. Do domu wracam późno, ledwo żywy ze zmęczenia. Zasypiając, przeżywałem jeszcze raz wydarzenia z tego dnia, którego bohaterem był boleń, ryba jak żadna inna podobna do srebrnej torpedy.

Opublikowano spinning, Uncategorized, wędkarstwo | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

jazie i klenie cz.2

Część pierwszą wpisu o kleniojaziach zakończyłem opisując zniechęcenie dotychczasowymi łowiskami. Wiedziałem jednak, że w pewnej odległości od Szczecina są miejsca, gdzie łowione są licznie ryby tych gatunków. Takie nazwy jak Bielinek czy Cedynia uruchamiały moją wyobraźnię, i jawiły się niczym mityczne Eldorado. Miejscowości te leżą kilkadziesiąt kilometrów na południe od Szczecina. Odra wygląda tam zupełnie inaczej – płynie szybciej, a brzegi są niezwykle urozmaicone: główki, opaski, a to wszystko częściowo zaniedbane i rozmyte, tworzące rafy i mnóstwo świetnych stanowisk. Tyle wiedziałem z wędkarskich czasopism. Nie znając jednak wtedy nikogo, kto mógłby być moim przewodnikiem w tych miejscach, nie wiedząc dokładnie jak dojechać nad wodę, obawiałem się nieco takiego wyjazdu i ciągle go przekładałem.

Nadszedł jednak dzień, gdy spakowałem do samochodu cały niemal sprzęt wędkarski i bardzo wcześniej rano, jeszcze po ciemku, pojechałem w okolice Cedyni. Jechałem przez położone w Niemczech Mescherin do Gryfina, i dalej przez Chojnę do Cedyni. Po drodze, gdzieś za Widuchową, miałem niemiłą sytuację, gdy zza górki wyjechał na moim pasie pędzący samochód, prowadzony najprawdopodobniej przez kogoś wracającego z imprezy. Na szczęście udało się uniknąć wypadku.  Minąłem jeszcze jeden samochód w rowie, kilka zwierząt wybiegających na drogę, a w mijanych wsiach mnóstwo słaniających się na nogach imprezowych „niedobitków”. No tak, to był weekend.

W końcu, w porannej szarówce, dojechałem na miejsce. Kierując się wskazówkami z jednego z wędkarskich periodyków, skręciłem z głównej drogi w boczną, po kilkuset  metrach przejechałem przez wał i znalazłem się nad wodą. Pomimo że to była końcówka lipca, niebo było zasłonięte gęstymi chmurami i cały czas siąpił deszcz. Przez zasłonę tego deszczu ujrzałem rzekę, taką, jaką sobie wyobrażałem: nieco dziką, urozmaiconą, obiecującą… Dzięki kiepskiej pogodzie nad wodą było praktycznie pusto. W miejscu do którego dojechałem jakaś para łowiła na gruntówki. Nie wiedząc, gdzie zacząć, zagadałem do wędkarza, ale on też nie była za bardzo zorientowany. Wsiadłem z powrotem do samochodu, i pojechałem kilkaset metrów wzdłuż wału, aż znalazłem odpowiadające mi miejsce. Ubrałem się dość ciepło, założyłem wodery, zmontowałem lekki spinning, i ruszyłem przez wysokie trawy w kierunku najbliższej główki. Od góry byłem chroniony przed lejąca się z nieba wodą przez kurtkę, od dołu przez wodery, ale niestety „środek” w wysokiej, mokrej trawie i trzcinie przemókł błyskawicznie, przez co do końca dnia chodziłem już w mokrych i zimnych gaciach, co było ekstremalnie nieprzyjemne.

Niemniej jednak i tak czułem się jak w niebie, łowisko było cudowne a mnie czekały długie godziny łowienia. Szybko też zacząłem wyciągać ryby. Niestety, niekoniecznie takie, na jakie się nastawiłem. Otóż od samego początku moje przynęty, obojętnie jakie, były atakowane przez małe szczupaczki, takie do 30 cm. Tego dnia wyciągnąłem ich z wody ponad 20 sztuk, wszystkie w jednym rozmiarze, nie mogłem wyjść z podziwu. Brały wszędzie, zarówno w stojącej wodzie, jak i w bardzo wartkim nurcie warkocza.

Po około półtorej godzinie łowienia, stałem w wodzie na zapływie główki, rzucając woblerka w stronę warkocza, i ściągając go „wachlarzem” pod nogi. W pewnym momencie uderzenie, i większy niż zwykle opór. Chwila holu, i w zielonej, marszczonej kroplami deszczu wodzie miga coś złotem. W tym momencie wiedziałem, że na wędce mam to, po co przyjechałem. Szczęśliwy podbieram rybę ręką i widzę jazia, w końcu tej wielkości, jaka daje już satysfakcję.

Całe 38 cm 🙂 Nie jest to oczywiście wielkość imponująca, u łowców jazi może wywołać tylko uśmieszek politowania, ale w tamtej chwili był to dla mnie najpiękniejszy jaź na świecie.

Tego dnia nie złowiłem już nic godnego uwagi. Byłem na tym łowisku jeszcze kilkakrotnie, ale już nie sam, tylko z Agnieszką, której to miejsce też bardzo przypadło do gustu. Nie łowiła wprawdzie, ale miała odpowiednie plenery do robienia fotografii

A niżej złowiony wówczas boleń, taki 50+, który jak widać nie miał najmniejszego zamiaru pozować do zdjęć. Moja mina – bezcenna 🙂

Poniżej sama pani fotograf, zdjęcie zostało zrobione na wyjeździe, podczas którego dojechali też Patryk i Ola, wraz z malutką Jolą. Zrobiliśmy sobie piknik, grilla, a panie miały sesje zdjęciowe w wodzie. Niestety, tej akurat wyjazd wspominam jako koszmarny wędkarsko, gdyż nie brało po prostu nic, absolutnie nic mimo długich godzin rzucania. Byłem w końcu tak zniechęcony i zmęczony upałem, że – aż wstyd przyznać –  zmontowałem jakąś gruntówkę i złowiłem dwa nędzne krąpie.

Jak widać, stan wody był dość wysoki, i stale wzrastał. Na powyższym zdjęciu Aga stoi na główce, na której jeszcze 2 tyg wcześniej można było stanąć suchą nogą. Niestety, taki stan wody utrzymywał się już do końca sezonu, zaczęły się powodzie, więc  skończyło się łowienie z brzegu w tych okolicach. Ale wybiegam nieco naprzód. W międzyczasie miałem też dwie wyprawy na Odrę w Bielinku, nieco na północ od Cedyni. Bielinek słynie na całą Polskę ze żwirowni, która jest (była?) jednym z najbardziej znanych łowisk sandaczowych w okresie jesienno-zimowym.

Mnie jednak nie interesowała żwirownia, ale Odra. Pojechałem w tygodniu, więc miałem praktycznie całą rzekę dla siebie.

Na pierwszym z wyjazdów nastawiłem się znowu na kleniojazie. Niestety, przez cały dzień łowiłem okonie, szczupaki, ale ani jednego klenia i jazia. Łowiskiem byłem zauroczony, ale wynikami zniechęcony. Wiedziałem jednak, że brakuje mi po prostu wiedzy, jak te ryby łowić. Rzucałem bez większego planu i na napływ, i na zapływ główek, wzdłuż opasek, w klatkach między główkami, szukałem ryb wszędzie, czasem pewnie tracą po prostu czas. No, ale na tym właśnie polega nauka.

Na następnym wyjeździe nieco pomógł mi przypadek. Skoro nie wyszło polowanie na jazie i klenie, to tym razem postanowiłem nastawić się na szczupaki i sandacze. Uzbroiłem więc cięższą wędkę, łowiłem na plecionkę, większe przynęty, miałem też założony wolframowy przypon. Wyprawa zaczęła się pechowo. Uwalniając z fabrycznego opakowania dużą cykadę zrobiłem to tak bezmyślnie, że grot jednej z kotwiczek wbił mi się bardzo głęboko w palec. Nie mogłem uwierzyć w swoją głupotę i to co się stało. Gorączkowo myślałem co dalej – Wracać do domu 80 km z dyndającą, ciężka cykadą? Szukać lekarza tutaj?  W końcu zacisnąłem zęby, złapałem grot w szczypce i zacząłem wyciągać. Po bardzo nieprzyjemnej chwili byłem wolny,poczułem się zapewne  jak ryba uwolniona z haka 🙂

Ale wracając do rzeczy – obławiam więc po kolei miejscówki szukając większych ryb, do wody leci wszystko co mam w pudełku: wahadłówki, obrotówki, cykady i woblery. W pewnym miejscu założyłem 7 cm woblera, i z brzegu zacząłem obławiać napływ zalanej główki. Wobler prowadzony przez wsteczny prąd penetrował podstawę główki, ściągałem go pomalutku. I nagle potężne szarpnięcie, a na końcu kija czuję jakąś bardzo dynamicznie walczącą rybę. Pomyślałem że tylko boleń może tak walnąć, ale jak podciągnąłem rybę bliżej ujrzałem duże, ciemno obramowane łuski, czerwone płetwy i torpedowaty kształt. Kleń! W  końcu! Na brzegu wyciągam miarkę – równe 40 cm.

Jestem oczywiście szczęśliwy, ale i mocno zdziwiony – jak dzień wcześniej łowiłem na lekki sprzęt i kleniowe woblerki, to nie złowiłem nic godnego uwagi. A tutaj plecionka 0,15, Executor Salmo 7 cm i wolframowy przypon i proszę, kleń uderzył!

Obławiam to miejsce jeszcze przed dobre pół godziny, ale bez rezultatu. Idę więc dalej. Po jakimś czasie, wracając już do samochodu, ponownie staje w tym miejscu, i rzucam w taki sam sposób. To niewiarygodne, ale w pierwszym rzucie mam takie samo, cudownie agresywne uderzenie! Tym razem wiem czego się spodziewać, i na brzegu faktycznie ląduje kolejny kleń. Niespodzianką jest tylko to, że to brat bliźniak pierwszego, również mierzy dokładne 40 cm

Wracam do domu szczęśliwy nie tylko z powodu udanego połowu, ale i zdobytej wiedzy. Teraz wiem, że chcąc skutecznie łowić te ryby, będę musiał więcej czasu poświęcić na penetrowanie strony napływowej główek, prowokując ryby praktycznie stojącym w miejscu, migoczącym woblerkiem.

Jak pisałem już wyżej, w połowie sierpnia bardzo wysoka woda uniemożliwiała już sensowne łowienie z brzegu. Nie złowiłem już też do końca sezonu żadnego jazia ani klenia. Trafiłem jeszcze w tamte okolice kilkakrotnie, ale łowiłem już nie z brzegu i inne ryby, ale to jest temat na inną opowieść…

Opublikowano spinning, Uncategorized, wędkarstwo | Otagowano , , , , , , | 1 komentarz

egzotyczne łowy

Dwa dni temu, z okazji urlopu, miałem okazję połowić na Atlantyku, w okolicach Gran Canarii.

Funkcjonują tam dwa rodzaje łowienia: trolling, i tzw „bottom fishing”, czyli łowienie z dna. Na trolling łowi się tuńczyki, marliny i rekiny, z dna również tuńczyki, raje, kongery i węgorze oraz kilka innych rodzajów ryb. Ja miałem okazję połowić tą drugą metodą.

Wyruszyliśmy z Puerto de Mogan na czymś takim:

Dwóch członków załogi i 9 amatorów łowienia – Rosjanie, Niemcy, Anglik, ja i dwóch innych Polaków, razem 10 osób. Trochę sporo jak na taką łódkę.

Po ok. 40 min jesteśmy na miejscu, świeci słoneczko, morze jest jeszcze dość spokojne

Załoga przygotowuje sprzęt. Wędki długości 1,7 metra, o akcji kija od szczotki – szczytówka ma niemalże grubość małego palca. Do tego kołowrotki wielkości małej wyciągarki samochodowej, na które nawinięte jest kilkaset metrów bardzo grubej żyłki. Większość kołowrotków to multiplikatory, jest jednak kilka o stałej szpuli, i taki właśnie mi przypada. Miejsca do łowienia na rufie są już zajęte. Staję zatem na burcie, gdzie mogę się oprzeć o nadbudówkę. Najgorsze miejsca są na dziobie, gdzie łowiący nie maja żadnego oparcia, co praktycznie uniemożliwia łowienie w przypadku większej fali, a taka miała wkrótce nadejść. Łowiący tam Niemcy szybko zrezygnują zatem z łowienia. Anglika zmuliło od bujania, i siedzi otępiały w kabinie.

Za przynętę służą sporej wielkości filety, zdaje się że z sardynek

Łowimy na głębokości 120 metrów. Zestaw z dwoma hakami obciążony był dokładnie półkilowym ciężarkiem. Wyobraźcie sobie zatem, jaką „frajdą” było wyciąganie tego zestawu z dna, żeby sprawdzić przynętę. Trwało to kilka minut i było bardzo ciężką, fizyczną pracą. Po prostu masakra! Zerowa akcja kija, duża głębokość, to, że łowiliśmy na żyłkę a nie plecionkę oraz coraz większe fale powodowały, że kompletnie nie czułem co dzieje się z przynętą. Momentami, miałem stracha, że wylecę za burtę – staliśmy bokiem do fali, miałem miejsce na wysokim pokładzie, a przed wypadnięciem „chroniła” mnie tylko sięgająca kolan barierka. Często musiałem więc np przerywać wyciąganie zestawu, bo byłem zmuszony trzymać się jedną ręką poręczy. Widać to zresztą na nakręconym przeze mnie filmiku:

W pewnym momencie jedna z uczestniczek wycieczki zacięła tuńczyka, który walcząc zataczał duże koła i splątał dokładnie wszystkie zestawy na łodzi, co skończyło się wielkim rozplątywaniem, cięciem i wiązaniem, przy akompaniamencie wymyślnych hiszpańskich przekleństw 🙂

Co do wyników, to były dość przeciętne. Z 9 osób na łodzi część jak pisałem szybko zrezygnowały z łowienia. Z pozostałej szóstki tylko połowa coś wyciągnęła. Wszystkich zakasowała łowiąca z rufy Rosjanka, wyciągając kilka tuńczyków tej wielkości:

Być może pomagała jej umieszczona na jej zestawie siatka zanętowa, do której załoga wrzucała filety.

Mnie niestety nie było dane powalczyć z tą bardzo waleczną rybą, ale wyciągnąłem dwa widoczne na poniższych zdjęciach red snappery, czyli lucjany czerwone:

Rybki trochę przypominające okonie ze względu na kolczastą płetwę grzbietową i piersiowe. No ale te kolorki… pełna egzotyka 🙂 Przy takim sprzęcie trudno mówić o jakiś szczególnych wrażeniach z holu, po prostu czułem jakbym podciągał trochę większą cegłę niż przy pustym zestawie. Nie byłem nawet do końca pewny, czy na pewno ciągne jakąś rybę.

Nie są to łowy dla miłośników C&R, ryby podbierane są osęką, lądują w lodzie a później trafiają do okolicznych restauracji, więc niestety moje zdobycze również podzieliły ten smutny los.

Podsumowując – było to na pewno bardzo ciekawe i egzotyczne przeżycie, ale przez kompletny brak finezji taka forma wędkarstwa nie przypadła mi jakoś szczególnie do gustu. Na pewno jednak skuszę się jeszcze kiedyś, jeżeli będę miał okazję połowić na trolling i zapolować na króla tamtejszych wód, czyli marlina…

Opublikowano spinning, Uncategorized, wędkarstwo | Otagowano , , , , | 1 komentarz