morskie trocie

Wędkarstwo. Dla wielu automatycznym skojarzeniem jest dziadek w gumofilcach, siedzący gdzieś na brzegu na krzesełku i wpatrzony w podrygujący na wodzie spławik, od czasu do czasu wyciągający jakąś rybkę.

Można i tak… Ale można i zupełnie inaczej. Morskie trocie. Hasło elektryzujące część wędkarskiego światka mniej więcej od jesieni zeszłego roku. To wtedy szersza rzesza wędkarzy dowiedziała się, że trocie – te szlachetne, wspaniałe, silne ryby, należące do rodziny łososiowatych, których złowienie jest niebywałą nobilitacją dla wędkarza – można łowić z morskiej plaży. Do tej pory dla fanów łowienia troci sezon zaczynał się 1 stycznia, a łowienie polegało na wydeptywanie brzegów pomorskich rzek, często w niemałym tłumie wędkarzy. Ewentualnie nieliczni łowili w Bałtyku, ale na duńskiej wyspie Bornholm. A tu nagle pojawił się temat na wędkarskim forum FORS, coraz więcej wpisów, pierwsze zdjęcia złowionych ryb, opisy używanego sprzętu, metod połowu, no i lawina ruszyła. Tematy pojawiły się na innych forach, szybko też zostały podchwycone przez prasę wędkarską. Dwa główne ośrodki trociowania z plaży to rejon Trójmiasta (klif w Orłowie), oraz Międzyzdroje na Pomorzu Zachodnim, w Wolińskim Parku Narodowym.

Tematem zainteresowałem się już w zeszłym roku, ale teoretycznie – kompletowałem sprzęt, dużo czytałem i zdobywałem wiedzę. W maju tego roku po raz pierwszy łowiłem na spinning w morzu, nie trocie wprawdzie (dla których już wtedy jest za ciepło i nie trzymają się brzegu) ale belony. Wspaniałe, silne, bardzo sportowe ryby, które w maju właśnie podpływają pod brzeg na tarło – tych kilka wypraw pozwoliło mi na przekonanie się do łowienia w morzu, przetestowanie przynęt i zdobycia doświadczeń (na przykład takich, żeby nie dźwigać ze sobą za dużo sprzętu, bo kilkukilometrowy marsz po plaży staje się koszmarem, hehe).

Sezon na morskie trocie zaczyna się 15 listopada. Martwe przez kilka miesięcy tematy na forach odżyły, a kolejne sukcesy i dokumentujące je zdjęcia rozpalały wyobraźnię. W końcu i ja się zdecydowałem na wyjazd. Pojechałem niestety sam – stały towarzysz moich wypraw nie miał jeszcze skompletowanego sprzętu, a chłopak mojej siostry ciotecznej – również zapalony wędkarz z którym się wcześniej umawiałem – wybrał się akurat na dorsze na Bornholm.  Wróciłem bardzo zadowolony, co nie oznacza automatycznie że coś złowiłem. Sukcesy w łowienie troci nie oznaczają, że każdy wraca z siatką ryb, tylko to że na kilkunastu wędkarzy padną dwie, trzy ryby. Tak też było tym razem. Pogoda była idealna – niewielkie fale, kilka stopni ciepła, wkrótce miał nadejść mróz. Wybrałem się w czwartek, czyli dzień roboczy, i uderzyło mnie to, że pod klifem w Międzyzdrojach było już kilkunastu wędkarzy, namacalny dowód rosnącej popularności morskiego spinningowania. Sam, jak wspomniałem wcześniej, nic nie złowiłem, ale widziałem ok. 70 cm troć niesioną przez szczęśliwego łowcę, słyszałem też o kolejnej złowionej i kilku zerwanych rybach.

Złowienie troci wydawało się realne jak nigdy, zaplanowałem zatem następną wyprawę, dokładnie tydzień później. Tym razem mieli mi towarzyszyć Patryk, któremu udało się już skompletować sprzęt, oraz Robert. Umówiliśmy się o 6 rano w dzielnicy Dąbie w Szczecinie. Tam Patryk szybko przesiadł się do mojego samochodu, i ruszyliśmy w drogę nad morze w dwa auta. Pogoda niestety uległa pogorszeniu – panował kilkustopniowy mróz, leżała cienka warstewka śniegu, na drodze było bardzo ślisko.

Pierwszy postój, tankowanie i wizyta w McDonald’sie. Wstawaliśmy o porze dla nas nieludzkiej, i Patryk nie zdążył zjeść śniadania. Pora okazał się nieludzka nie tylko dla nas, ale także dla firmy McDonald’s, która to nie miała najmniejszego zamiaru otworzyć swojej restauracji tak wcześniej. Co gorsza, na stacji benzynowej nie było jeszcze hot-dogów (skandal!), więc ruszyliśmy dalej w nadziei, że konkurencja kilkanaście kilometrów dalej będzie bardziej łaskawa dla głodnych podróżnych. Niestety, Patryka spotkało kolejne rozczarowanie, i zadowolić się musiał jakimiś ciastkami.

W końcu ok. 7.30 zajeżdżamy na miejsce, czyli na teren bazy rybackiej w Międzyzdrojach. Poza nami parkował jeszcze tylko jeden samochód – volvo, którego właściciel kończył się właśnie szykować do łowienia, krótkie pozdrowienia i on rusza w stronę klifu, a my zaczynamy się przebierać. Można się domyślić, że łowienie w morzu, gdzie temperatura wody wynosi kilka stopni Celsjusza, a powietrza od zera do minus kilka, wymaga dużej staranności w doborze stroju. Ja mam na sobie neoprenowe spodniobuty założone na kalesony i zwykłe spodnie, do tego bluzę rowerową (odprowadza pot i dobrze trzyma ciepło), ciepły polar i grubą kurtkę z kapturem. Górną część stroju wkładam do środka spodniobutów (dla ochrony przed falami), na to wszystko jeszcze kamizelka wędkarska. Po tym wszystkim wiem jak czuje się ludzik z reklamy Michelin, sięgnięcie po telefon w wewnętrznej kieszeni kurtki jest praktycznie niemożliwe, a jak się zachce na stronę, hmm, odwlekam to tak długo jak się da :D

W końcu ruszamy nad wodę. Nasze obawy o stan morza niestety się potwierdziły, morze było silnie pofalowane. No ale przecież nie zrezygnujemy po przejechaniu 100 km. Idziemy w stronę klifu, po kilkuset metrach wchodzimy do wody. Trzeci rzut, i zrywam blachę, oryginalną ABU Toby (grrr), zmieniam więc żyłkę na plecionkę. Rzucamy dalej. Fale są tak duże, że ledwo można ustać na nogach, nie mamy szans żeby wejść do wody dalej niż na kilka metrów, przez co nasze blachy lądują w wodzie za blisko. Patrzymy po sobie niepewnie i kręcimy głowami. Wychodzimy na brzeg, herbatka, jakaś kanapka, papierosek. Nikt jednak nawet nie wspomina o odwrocie, idziemy dalej, na kolejne miejsce, i walczymy dalej. Po chwili widzimy wracającego brzegiem właściciela volvo – jedynego poza nami wędkarza i w ogóle człowieka na plaży. Wychodzę na brzeg i zamieniam z nim kilka słów. Był wczoraj, miał na kiju dwie ryby, ale warunki były zupełnie inne – niższy stan morza, no i dużo mniejsze fale, więc na dzisiaj już sobie odpuszcza. My nie mamy jeszcze dosyć, idziemy na kolejną miejscówkę. Okazuje się jeszcze, że Patrykowi przeciekają spodniobuty, kupione kilka dni temu. Można się wkurzyć. Ja robię sobie sesję fotograficzną, w momencie uwiecznionym na poniższej fotografii czuje lodowaty strumień wody na, hmm, podbrzuszu. Dziura w spodniobutach? Nie, woda wlała się górą.

W tym wszystkim nie wiem czemu, ale micha mi się cieszy tak, jakbym wygrał w Lotto. Po prostu to lubię, będzie co wspominać. Jest to stan tak odległy od pracy, stresów, zmartwień życia codziennego, jak tylko można sobie wyobrazić. Próbujemy ciągle łowić, ale fale są coraz większe, dochodzą do półtorej metra, więcej więc stoimy na brzegu i gadamy, niż łowimy. Ok. 11.00 wspólnie decydujemy, że czas wracać. Czeka nas długi i męczący ze względu na nasze stroje marsz do samochodów. Tam próbujemy ustalić, co dalej. Robert decyduje się wracać do domu (użył wyrażenia „przyciąć na jamę”, albo coś w tym stylu hehehe, w ogóle Robert byłby kopalnią wiedzy dla jakiegokolwiek badacza ewolucji języka polskiego). Patryk i ja jeszcze się nie wyłowiliśmy, ale nie bardzo mamy pomysł gdzie możemy jeszcze połowić – ja mam ze sobą tylko sprzęt i przynęty trociowe.

Wracamy do Szczecina. Im bliżej, tym więcej śniegu i zimniej. Patryk jest twardzielem, zostawiam go jeszcze na Płoni, gdzie chce chwile porzucać za okoniem. Ja po wyjściu z samochodu trzęsę się cały z zimna, do czego mocno przyczyniają się przemoczona kurtka i spodnie. Wracam więc do domu, po drodze widzę jeszcze w mieście dwie stłuczki spowodowane trudnymi warunkami. Jestem zmęczony, niewyspany, niewyłowiony, ale szczęśliwy – nie mogę się doczekać następnego wyjazdu :) Niepokoję się tylko tym, że najprawdopodobniej od 1 stycznia łowienie na terenie Wolińskiego Parku Narodowego będzie zabronione. Wielka szkoda, bo to świetna miejscówka zarówno ze względu na charakter dna (duża ilość kamieni), szybki dojazd ze Szczecina oraz  możliwość zaparkowania przy samej plaży.

A tak to mniej więcej wyglądało:

I co, wyglądam jak dziadek przysypiający nad spławikiem…? ;)

Zainteresowanych pogłębieniem informacji odnośnie łowienia morskiej troci zapraszam na wędkarskie forum Fors, gdzie ten temat jest najobszerniej poruszany: Forum Fors

About these ads
Ten wpis został opublikowany w kategorii wędkarstwo i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „morskie trocie

  1. Roman pisze:

    Fajny opis,az milo sie czyta.
    Bije w Tobie chlopie prawdziwe wedkarskie serce,dalej tak!
    Trocie w morzu lowie juz od 13 lat i wiem jaki to ciezki chleb-ale jaki dobry :) Duzo trotek spielo mi sie na poczatku,i wiem jak to boli jak pare godzin biczujesz wode, masz kontakt,krotki hol, no i poszla.Jak wedkujesz blacha albo woblerem nalezy uwage zwrocic na laczenie kotwicy z blacha.To jest chyba ten decydujacy moment.Troc ma tak silna glowe ze pare uderzen i blacha jest wyrzucona.W Polsce jeszcze nie lowilem bo wedkuje w Danii,2 razy w roku, na wiosne 2 tygodnie i jesienia 1 tydzien.Lowie na wyspie langeland, takrze pogoda zawsze jest,obojetnie z ktorej strony wieje.
    A wiec wyrzuc to kolko ktore laczy blache z kotwica,a polacz to przeplonem szczupakowym(miekim) Laczenie powinno miec 3 cm.
    Uzywaj blach 15 do 20 gr,najlepsze kolory to czerwono – czarne, pomaranczowe,jasno zielone ,jasno brazowe no i biale.W najblizszy piatek jade znowu ale jak wroce to moge wyslac pare fotek blac

  2. Roman pisze:

    Pare fotek blach ,ktore uwazam za najlepsze na swiecie.Jestem gotowy udzielic wszelkich pomocnych informacji.Bo troc w morzu to cos naprawde wyjatkowego,no i trociarze tez.
    Pozdrowienia, i polamania kija

  3. piscator75 pisze:

    Dzięki za dobre słowo i porady. Niestety, zgodnie z tym co pisałem trzeba znaleźć nowa miejscówkę, łowienie na terenie WPN jest obecnie zabronione (oby tymczasowo). No, ale wybrzeże mamy długie :)
    Połamania kija!

  4. Wędkarski pisze:

    Nie miałem okazji jeszcze tak łowić muszę sie chyba skusić oczywiście z kimś kto się na tym zna itd. także z pewnością skorzystam z forum które poleciłeś.

    Pozdrawiam

  5. zamki pisze:

    Bardzo fajna relacja wiernie oddająca klimat wyprawy.
    Nie zawsze jak widać musi być ryba aby dzień był zaliczony do udanych. :)

  6. patryk pisze:

    jacku…..wracaj do rybek….

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s